Po kolejnym zwycięstwie reprezentacji Polski na balonie "Kościuszko" w zawodach o puchar Gordon Benetta start następnych zawodów wyznaczono na 15 września 1935 roku - oczywiście z Warszawy.
I tym razem Polska wystawiła trzy świetnie przygotowane załogi, byli to: kpt. Franciszek Hynek i por. Władysław Pomaski ponownie na wyremontowanym "Kościuszce", kpt. Antoni Janusz i por. Wawszczak na balonie “Warszawa II” oraz kpt. Zbigniew Burzyński i por. Władysław Wysocki na balonie "Polonia II". Wyciągając wnioski z zeszłorocznego lotu kpt. Burzyńskiego, kiedy to dotkliwe zimno zmusilo pilotów do przedwczesnego lądowania, załogi zostały jeszcze lepiej wyekwipowane, jak pisze nasz aeronauta w książce "Ponad Chmurami": "(...)czuliśmy się komfortowo i wygodnie w kombinezonach futrzanych oraz komfortowo do nocnych lotów przygotowanym koszu. Dwa stoliki nawigacyjne poza burtami, latarka elektryczna zwisająca nad środkiem kosza jak u sufitu, oświetlała jego wnętrze, pneumatyczne poduszki do leżenia i siedzenia, zapas urozmaiconej żywności, tlen w butlach z pewnie działającymi inhalatorami, grzejniki katalityczne, radioodbiornik. Byliśmy więc przygotowani na wszystko(...)" Morale polskich załóg również było bardzo wysokie, o czym pisze kpt. Burzyński już w trakcie lotu: "(...)szybując na dwóch kilometrach wysokości w piękną noc odczuwaliśmy związek z naszym społeczeństwem, które delegowało nas w przestworza, by bronić nagrody."
Do zawodów zgłoszono 13 balonów z 7 państw: Polska i Niemcy wystawiły po 3 aerostaty, Belgia i Francja 2, USA, Holandia i Szwajcaria po 1, przy czym Szwajcarzy i Holendrzy mieli lecieć na polskim sprzęcie (Szwajcarzy zakupionym, Holendrzy zaś wypożyczonym). Załogi zameldowały się na Lotnisku Mokotowskim już 12-tego września, aby dokładnie przygotować się do startu w niedzielę 15 września. Wylosowano następującą kolejność startu balonów: 1. "Bruxelles" - godz. 16:00, 2. "US Navy" 16:08, 3. "Alfred Hildebrandt" 16:16, 4. "Maurice Mallet" 16:24, 5. "Zurich III" 16:32, 6. "Toruń" (w barwach holenderskich) 16:40, 7. "Kościuszko" 16:48, 8. "Belgica" 16:53, 9. "Erich Deku" 16:58, 10. "Lorraine" 17:03, 11. "Warszawa II" 17:08, 12. "Deutschland" 17:13, 13. "Polonia II" 17:18. Ustalenie kolejności startu było istotne ze względów porządkowych i bezpieczeństwa, zasadniczo nie wpływało jednak w zawodach o Puchar Gordon Bennetta na wynik, tak że zdarzało się odejście od wcześniej ustalonej kolejności lub godziny startu, jeśli zaistniały ku temu ważne okoliczności.
Start do zawodów w obecności prezydenta RP oraz 40.000 widzów odbył się sprawnie i bezproblemowo, wszystkie balony znalazły się więc szczęśliwie w powietrzu, w tym także "Polonia II" kpt. Burzyńskiego, którego żywą relacją będziemy się szeroko posiłkować. Aerostat naszej załogi szybko wszedl w noc mijajac Siedlce, pogoda była dobra, lot przebiegał więc spokojnie do rana. Wschod słońca zastał Burzyńskiego i Wysockiego około 5tej, na wysokości 1950 m, nieco na północ od Pińska. Poranne opary hamowały jednak skutecznie dopływ promieni słonecznych do balonu, tak że utrzymanie wysokości kosztowało naszych baloniarzy część balastu piaskowego. W zasięgu wzroku załogi znajdowały się jeszcze trzy inne balony równie spokojnie zmierzające na wschód. O 8.37 "Polonia" minęła granicę sowiecką na wysokości 2250 metrów.
Wysokość lotu stopniowo wzrastała, tak że o godz. 10tej nasi aeronauci znaleźli się na wysokości 3000 metrów. Nawigacja na terenie ZSRR nie była łatwa, gdyż załoga posiadała mapy w dość dużej skali 1:800 000, siłą rzeczy nie zawierające zbyt dużo szczegółów, w dodatku jeszcze sprzed I wojny światowej. Na szczęście główne linie kolejowe, będące obok rzek ważnym punktem orientacyjnym, powstawały wcześniej i na mapach już były, co pozwalało orientować się w terenie. Lot przebiegał spokojnie i nic nie zapowiadało kłopotów, gdy kilka minut po 10 tej baloniarze usłyszeli warkot silnika lotniczego. Kpt. Burzyński zapisał: "(...)zbliżał się do nas samolot; osiągnąwszy naszą wysokość zaczął krążyć w około nas w odległości 150 do 200 m. Był to samolot wojskowy uzbrojony na miejscu obserwatora w podwójny sprzężony karabin maszynowy. Obserwator czy też strzelec pozdrowił nas przyjacielsko ręką, na co odpowiedzieliśmy takim samym gestem. Jakże miało być inaczej? Odbywaliśmy przecież lot sportowy, państwowe znaki rejestracyjne były wyraźnie widoczne na powłoce, posiadaliśmy w kieszeni wizy sowieckie, więc nic nie mogło zagrażać spokojowi naszego lotu.(...) Nagle, o dziwo, obserwator wyraźnym ruchem ręki z góry na dół nakazuje lądowanie" Przypomnijmy że podobny incydent zdarzył się podczas lotu kpt. Hynka w roku 1934, wtedy załoga nie podporządkowała się rozkazowi lądowania, zrzucając meldunki z wyjaśnieniami. Kpt. Burzyński postąpił podobnie.
Samolot oddalił się aby odczytać wiadomość, jednak okazało się że sprawa wcale nie jest wyjaśniona. Kpt. Burzyński zanotował: "Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy w pewnej odległości dwa klucze po trzy samoloty, z których jeden dążył do nas, drugi do Demuytera (załoga polskiego balonu pozostawała w stałym kontakcie wzrokowym z aerostatem słynnego belgijskiego pilota). Od każdego klucza odłączył się jeden samolot i począł krążyć w bezpośredniej bliskości naszego i belgijskiego balonu, poczas gdy reszta każdego klucza zataczała kręgi w pewnej odległości." Sprawa stawała się coraz poważniejsza, albowiem: "Wokół obu balonów samoloty wykonywały te same manewry. Obserwator naszego satelity dawał wyraźne znaki ręką nakazując lądowanie. Zrzuciliśmy jeszcze dwa meldunki z wyjaśnieniami. (...) o godz. 12,50 usłyszeliśmy krótką serię z karabinu maszynowego samolotu, który krążył wokół nas. Wrażenia nasze były jasne i raczej oczywiste: chciano nas całkiem poważnie zmusić do lądowania. (...) po strzałach ostrzegawczych powinna nastąpić czynność zmuszająca do posłuszeństwa. Nie mogliśmy sobie pozwolić na to "posłuszeństwo". Naszą jedyną obroną było rzucanie meldunków, więc na strzały odpowiedzieliśmy białą płachtą spadochroniku z odpowiednim napisem." W tak dramatycznej sytuacji nasi aeronauci zachowali jednak zimną krew i nie stracili ducha: "Postanowiliśmy w żadnym wypadku nie opuszczać naszej wysokości w kierunku ku dołowi. (...) Samoloty kążyły ciągle w tym samym ugrupowaniu również przy balonie belgijskim. Obserwator stale nakazywał ręką lądowanie." Sytuacja ta trwała jeszcze około pół godziny, po czym samoloty wreszcie odleciały zostawiając w spokoju baloniarzy. Jaka była przyczyna incydentu nie wiadomo, podejrzewać można kiepski przepływ informacji w ramach państwa radzieckiego.
Balon tymczasem nadal wznosił się ogrzewany słońcem i o 14:53 osiągnął wysokość 4100 metrów. Przed godziną 16-tą nasza załoga przekroczyła linię Dniepru kierując się dalej na wschód. Przed zachodem słońca aeronatów czekały jeszcze raz emocje, związane tym razem z chmurą, która chwilowo zasłoniła słońce powodując szybkie opadanie balonu. Aby je zahamowac, kpt. Burzyński zdecydował wyrzucenie 2 butli z tlenem oraz niektórych mniej potrzebnych przedmiotów, aby pozostawić resztę balastu piaskowego na najbliższą noc. Podczas lotu nocnego nie powinno się bowiem wyrzucać przedmiotów nad nieznanym terenem, gdyż mogłyby one spowodować szkody na ziemi. Sytuacja była dość poważna gdyż w krótkim czasie balon opadł 2500 metrów by zrównoważyć się o godz. 16-tej na wysokości zaledwie 1500 metrów. Ciężkie chwile trwały do 16:45 gdy słońce wyszło zza chmury - już w niecałe dwie godziny później, o godz. 18:45 wysokość lotu "Polonii" wynosiła ponownie 4500 metrów. Wieczorem balon ustabilizował się lecąc na wysokości 3000-3500 m w kierunku południowo-wschodnim - zapas balastu wynosił jeszcze 10 worków.
Kombinezony i grzejniki katalityczne pozwalały w miarę komfortowo czuć się załodze w temperaturze -10 stopni Celcjusza. Około pierwszej w nocy nasi aeronauci spostrzegli jednak, że chmury pod nimi przesuwają się szybciej niż balon, ponadto w bardziej pożądanym kierunku wschodnim, który pozwalał uniknąć spotkania z wyżem zalegającym podnórze Kaukazu i brzegi Morza Kaspijskiego. Podjęli wobec tego decyzję: "Chociaż więc balon siedział na inwersji, zdecydowaliśmy pociągnąć klapę i nawigować na wysokości 2800 -3000 m. Manewr udał się, odzyskaliśmy kurs wschodni. Płynęliśmy na wysokości chmur osiadając ponownie na inwersji. (...) Świt nastąpił o godzinie czwartej i zastał nas nad linią kolejową Moskwa-Charków na północ od miasta Biełgorod."
Wschód słońca podczas lotu balonem gazowym oznacza zwykle zwiększenie wysokości - na skutek ogrzewania powłoki balonu przez promienie słoneczne gaz nośny zwiększa swoją objętość, tak że wzrasta też wyporność aerostatu. Nie inaczej bylo tym razem - o godzinie 6-tej "Polonia" szybowała już na wysokości 5100 metrów. Załoga tak opisuje wrażenia z lotu: "Korzystaliśmy z tlenu. Mimo że wysokość była znaczna i widoczność dobra orientacja nie należała do łatwych rzeczy. Liczne rzeki o krętych korytach, rzadkie linie komunikacyjne, w sposób specjalny i charakterystycznie budowane wsie o wielkich skupieniach ludności, zupełny brak pojedyńczych zagród gosporadskich, jak również małych osiedli ludzkich, nasze stare mapy - wszystko to utrudniało ustalenie naszego położenia. (...) Niebo na widnokręgu było puste. Nasz jedyny towarzysz, Demuyter, opuścił nas gdzieś w ciągu ubiegłej nocy. Krajobraz był wyjątkowy. Płaskowyż porzeźbiony głębokimi, stromymi jarami, których ściany odsłaniały w przekroju ukształtowanie skorupy ziemskiej. Poza tym step z bardzo rzadkimi lasami, których później miało braknąć zupełnie."
"O godzinie 7,30 na wysokości 5050 m stwierdziliśmy, że balon stoi w miejscu i że od dłuższego czasu nie zyskujemy nic w przestrzeni. Właśnie skończyłem drzemkę z maską tlenową na twarzy i czułem się rzeźko. W godzinach przedpołudniowych, gdy wzrasta temperatura powietrza przy odsłoniętym niebie i resztkach posiadanego balastu, ciagnięcie klapy celem zmniejszenia wysokości lotu, jest przedsięwzięciem ryzykownym. Balon staje się raczej lżejszy, niż cięższy skutkiem straty ciężaru wypuszczonego gazu, i w pierwszych chwilach dąży zwykle ku górze. Dopiero po wypuszczeniu znaczniejszej ilości gazu nośnego, balon zaczyna reagować po myśli pilota, lecz znowu zbyt gwałtownie, wobec czego trzeba hamować opadanie piaskiem, po czym zwykle wraca się na wysokość większą od poprzedniej. W obecnej sytuacji nie widziałem jednak innego wyjścia i zaryzykowałem ten manewr. Sprawdziło się przysłowie: Kto nie ryzykuje, ten nic nie zyskuje. (...) balon okazał się nadzwyczaj sterowny w wysokości. "
Piloci pociągnęli klapę przez zaledwie sekundę nie chcąc tracić zbyt dużo gazu. Spowodowało to łagodne opadanie balonu, który po godzinie ustabilizował się na wysokości 3750 metrów, gdzie zachodni prąd powietrzny znów popchnął go coraz dalej od Warszawy. Był wtorek, 17-ty września, godz. 9-ta - "Polonia" pokonała już 1100 km, mając na pokładzie resztkę (8,5 worka) balastu, pewną ilość zaopatrzenia (przede wszystkim 10 butli z tlenem, żywność i wodę) oraz wyposażenie. Wiele zależało teraz od pogody - jeśli utrzymałaby się dobra nasi aeronauci mieli szansę finiszować następnego dnia, jednak: "Jedna chmura, lub najwyżej dwie, kolejno po sobie zachodzące na słońce, mogły nas wykończyć w ciągu paru godzin." Morale było jednak dobre: "Byliśmy w tym specjalnym stanie psychicznym, który dostępny jest chyba tylko zawodnikom balonowym. Któraż konkurencja trwa w podobnych warunkach tak długi czas? Komuż wolno żeglując w ciszy po bezmiarze atmosfery wyzwalać wszystkie siły umysłu, ducha i ciała? Jak określić to napięcie walki z przeciwnikiem, którego wcale nie widać i o którego losach nic się nie wie?"
Warunki były na szczęście bardzo dobre, balon stabilnie szybował na wysokości nieco ponad 3000 metrów aż do południa, po czym zaczął powoli opadać - o godzinie 15tej wysokość wynosiła już tylko 1900 metrów. Zbliżał się krytyczny moment lotu - walka załogi o utrzymanie balonu w powietrzu podczas wieczornego ochłodzenia. Po spokojnym dniu miała ona być dramatyczna.
Nasza załoga była jednak całkowicie zdeterminowana: "Postanowiliśmy zatem niczego nie oszczędzać. Rzuciliśmy na spadochronie pustą butlę z tlenem. (...) O godzinie 14,45 nie mając następnej pustej butli wyrzuciliśmy pełną." Balon przybrał kurs lekko południowo-wschodni lecąc z prędkością 25-40 km/h. "(...) pion celownika wskazał nam o godz. 15,11 na wysokości 1900 m środek koryta Donu. (...) Balon ciągle opadał (...) Wypadki następowały szybko po sobie. Nie można było niemal nadążyć z grupowaniem przedmiotów, wkładaniem ich do pustych worków balastowych i przygotowywaniem do wyrzucenia. Pomarańcze, gruszki, winogrona - leciały swobodnie na las (...) flaszki z wodą sodową, termosy - wszystko jednak na darmo. Balon opadał coraz niżej. Znowu dwie butle z tlenem i później następna; pięć worków piasku."
Dalej kpt. Burzyński pisze: "Wysokość malała szybko: 1500, 1200, 700 m (...) Nastąpił wyścig pomiędzy naszym zasobem przedmiotów a ustępującym dniem. Widzieliśmy że w chwilach tych rozstrzyga się walka o pierwsze miejsce w zawodach. (...) Po wyrzuceniu wszystkich butli zbyteczny był również inhalator. Był to ten sam przyrząd Siebe-Gormana, który służył nam z kapitanem Hynkiem nad stanem Michigan i Ontario w roku 1933, mój i por. Wysockiego miły towarzysz w dwóch lotach tegorocznych do granicy stratosfery. Nim go wyrzuciłem wspomnienia te przebiegły mi szbko przez pamięć. (...) Nasz wierny towarzysz musiał się rozbić teraz o dońskie stepy, razem z innymi przedmiotami. Tak samo termometr i sekstans pomysłu kpt. Janusza leciał w pięknych glissadach. Wirowały wokół swego środka ciężkości stoliki nawigacyjne. Rocznik astronomiczny rozwierał swe karty, plik map Europy wraz z raportami meteorologicznymi, latarki elektryczne, baterie do radioodbiornika, radioodbiornik, pływaki napełnione tlenem, zewnętrzne pokrycie kosza, pokrowiec na powłokę, sieć i klapę balonu, buty, futrzane rękawice, grzejniki, taboret, ławeczka i wreszcie kwiaty pozostałe z chwili startu - wszystko to opuszczało nas idąc w powietrzną przepaść pod nami." Pamiętajmy o tym że ludzie w latach 30-tych zupełnie inaczej podchodzili do przedmiotów niż obecnie, gdyż ich zdobycie wymagało częstokroć sporego wysiłku.
Walka jednak opłaciła się: "Niemal dramatyczne chwile te trwały do godziny 17tej czasu warszawskiego, o której to porze nastąpił nad Donem przyspieszony chmurą zmrok. Sytuacja była opanowana. Zapadła noc i balon ustabilizował się, po czym począł powoli nabierać wysokości. Nie było trudno zrobić spis rzeczy znajdujących się w koszu: konieczne przyrządy nawigacyjne, jeden worek piasku, kombinezony futrzane, wewnętrzne obszycie kosza oraz pokrowiec na kosz (...) Co nas czekało? Czy duża wysokość bez tlenu i przejmujące zimno?"
Dalej kpt. Burzyński następująco opisuje wrażenia załogi: "Lecz mimo zmęczenia czterdziestoośmiogodzinnym lotem byliśmy teraz w dobrym nastroju, gdyż zdobyliśmy noc i choć powoli lecz stale mijaliśmy kilometry. Gdyby prądy nas wzniosły na zbyt dużą wysokość, byliśmy pewni działania klapy. Jedną zimną noc przy finiszowaniu można było z radością przetrzymać. Byliśmy zdecydowani lecieć jak najdłużej i pośiwęcić w tym celu, nie mówiąc już o ostatnim worku piasku, również kombinezony i tkaninę pokrywającą kosz od wewnątrz."
"Balon szedł do góry. (...) Godzina 17-ta minut 30 - wysokość 1900 m, godzina 18,15 - 2900, 20,01 - 3800, 20,55 - 4000 m i na tej wysokości trwaliśmy przez dwie godziny. Co pewien czas kontrolowaliśmy kurs. Był południowo wschodni. (...) snuliśmy marzenia o Wołdze.
Była to noc niezapomniana. Siedzieliśmy na dnie pustego kosza, który wyglądał jak pokój, z którego wyniesiono wszystkie meble. Dookoła panowała cisza, "o której na ziemi nie ma się pojęcia, cisza niemal kosmiczna, która wszystko wie". (...) wypruliśmy obszycie kosza, który stracił w ten sposób swą tapetę. Robiło to wrażenie niesamowitej pustki. Kosz pozbawiony normalnego obciążenia chwiał się na wszystkie strony za każdym naszym poruszeniem jak huśtawka. (...) Mimo kombinezonów zimno na tej wysokości (4000) było przejmujące. Również odczuwaliśmy pewne trudności w oddychaniu. Pozycja na pół leżąca na twardym i nierównym dnie kosza również nie była rozkoszą. Drzemaliśmy na zmianę."
W ten sposób minęło kilka godzin od momentu zachodu słońca, począwszy jednak od godziny 21szej czasu warszawskiego (w tym rejonie był to środek nocy) balon zaczął powoli opadać. Na nic zdały się dalsze wysiłki naszej załogi, która mogła jedynie opóźniać ten proces na miarę swoich bardzo już skromnych możliwości. O godzinie 24-tej wysokość wyniosła jeszcze 3400 metrów. Świt przyszedł o drugiej nad ranem, jednak zachmurzone niebo na wschodzie nie dawało zbyt dużo nadziei na promienie słońca, które mogłyby spowodować wzniesienie się balonu i przedłużyć lot o kolejnych 5 lub 6 godzin. O godzinie 2.45 wysokość wyniosła 1500 metrów a nasi baloniarze nie mieli już nic do wyrzucenia.
Balon wciąż opadał, aby na wysokości 500 metrów osiąść na inwersji i ustabilizować się. Załoga mogła więc spokojnie poczekać na słońce, lecz niestety zmienił się kierunek wiatru - i to na wschodni, "Polonia" poczęła więc zmierzać w kierunku startu. W tej sytuacji kpt. Burzyński podjął decyzję o lądowaniu w pobliżu zauważonej linii kolejowej. Lądowanie odbyło się z małymi przygodami ponieważ balon wolno się opróżniał, wykonał więc kilka niezbyt przyjemnych dla załogi podskoków, po czym ciągnąl dość długo kosz po ziemi. Ostatecznie wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Jak zwykle w takich sytuacjach załogę czekały chwile niepewności co do wyników konkurentów.
Ostatecznie jednak okazało się że kpt. Zbigniew Burzyński i por. Władysław Wysocki odnieśli świetne zwycięstwo przelatując w czasie 57 i 54 minut odległość 1650 kilometrów z Warszawy do miejscowości Tiszkino niedaleko Stalingradu. Okazało się że walka o wejście w ostatnią noc nie poszła na marne i zadecydowała o wygranej. Drugie miejsce zajęła załoga kpt. Janusza na balonie "Warszawa II" z wynikiem 1567 km w czasie 47 godzin, trzecie Belg Ernest Demuyter na balonie "Belgica" - 1455 km w 48 godzin. Pełne wyniki zawodów roku 1935 można obejrzec tutaj.
Wspaniałe zwycięstwo naszych baloniarzy oznaczało nie tylko że start do kolejnych zawodów w roku 1936 odbędzie się z Polski. Przede wszystkim czwarta nagroda balonowa imienia Jamesa Gordona Bennetta, ufundowana przez gazetę "Chicago Daily News", przeszła na własność Aeroklubu RP, dzięki trzem zwycięstwom polskich załóg z roku 1933, 1934 i 1935.
Był to wielki sukces polskiego baloniarstwa, osiągnięty dzięki świetnie przygotowanym i zdeterminowanym załogom, znakomitym balonom wyprodukowanym w Polsce w fabryce w Legionowie, oraz dobrej organizacji sportu balonowego.
Kolejną, piątą nagrodę imienia Gordona Bennetta ufundowała "Gazeta Polska". Tak więc sympatycy baloniarstwa z całego świata mogli oczekiwać zawodów w roku 1936, o których napiszę w kolejnej części cyklu na łamach www.airbot.net
Igor Goliński
AIRBOT.net (2007)
Zobacz również:
Sukcesy Polaków w zawodach o Puchar Gordon Bennetta cz.1
Sukcesy Polaków w zawodach o Puchar Gordon Bennetta cz.2