| Autor |
Wiadomość |
Healthy
Użytkownik
|
# Posted: 11 Cze 2009 21:44
Odpowiedz
Czy określenie "w sposób standardowy" oznacza "w szkole"?
|
apollo
Użytkownik
|
# Posted: 12 Cze 2009 00:07
Odpowiedz
Miałem na myśli w sposób typowy, czyli szkolny.
|
iwka
Użytkownik
|
# Posted: 17 Cze 2009 03:55
Odpowiedz
na szybko to tak:
1. dzieci uczone w domu przyswajają wiedze w inny sposob (nie tylko siedzenie w ławce i słuchanie pana nauczyciela; nie tylko lewą półkulą mózgową; drążą temat, który je ciekawi itp) i z tego powodu retencja jest diametralnie zwiekszona w porownaniu z dziecmi uczonymi w szkole
2. znacznie lepsze zrozumienie i integracja różnych dziedzin nauczania (i życia jako takiego); np. szybciej załapują który problem chemiczny może być wykorzystany np w biologii
3. lepiej przygotowane do życia (więcej codziennych doświadczeń życia codziennego, nie tylko szkoła, lekcje i TV)
4. lepiej rozwinięte socjologicznie (wbrew pozorom), umiejętność współpracy z różnymi grupami wiekowymi
5. zaobserwowano brak "fazy buntu" w wieku dorastania, a raczej zwiększenie zainteresowania i dochodzenie do odpowiedzi dotyczące na zasadnicze pytania życiowe (sens i cel życia itp)
6. lepsza integracja w społeczeństwie, większe pojęcie odpowiedzialności obywatelskiej
to na razie tyle
|
123ewa
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 09:11 ° Edytowany przez: 123ewa
Odpowiedz
Czy podejmując decyzje bierzecie pod uwagę osobowość waszych dzieci? Są wśród nich takie, które towarzystwa rówieśników potrzebują jak powietrza. Uważam, że dziecko powinni współuczestniczyć w tej decyzji. Zobaczyć szkołę czy przedszkole, pobyć tam przez kilka dni i wypowiedzieć się. Zajęcia w szkole trwają ok. 5 godzin dziennie, potem można dodatkowo edukować je w domu. Jeśli chcą chodzić do szkoły, nie warto im tego zabierać.
Polecam też stronę z literaturą i pomocami dla nauczycieli. Może coś się przyda.
Książki dla nauczycieli
|
mamumilu
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 12:00
Odpowiedz
Dlaczego upierasz się, żeby nas "nawracać"? to juz Twój kolejny post w tej sprawie tylko, że na innym forum i pod innym nickiem.
|
barbegazi
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 12:03
Odpowiedz
123ewa skoro tak uważasz to zrób tak jak uważasz. Ja uważam inaczej
|
dorotakonowrocka
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 14:05
Odpowiedz
Nie bardzo wyobrażam sobie możliwość "zobaczenia szkoły" przez kilka dni. Albo jest się zapisywanym do szkoły, albo nie. Jak tak, to na rok. Rok ma trwać ten eksperyment?
Zajęcia nie trwają pięć godzin, tylko często już od czwartej klasy od 8 do 15.00. Potem jeszcze praca domowa. Dziecko też człowiek, musi odpocząć, wybawić się. Nie wiem, gdzie tu czas na edukację "po godzinach".
Jak najbardziej jestem za towarzystwem rówieśników. Ale nie przez 5 dni w tygodniu po 7 godzin pod czujnym okiem obcych dorosłych, w duchu nudy, strachu, podlizywania się i rywalizacji.
D.
|
Magda
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 15:32
Odpowiedz
Spotkałam się już z opinią, że dzieci trzeba koniecznie zapytać, jak i gdzie chcą być uczone. Ja sama nie mam jeszcze doświadczenia (moje najstarsze nie skończyło jeszcze 3 lat), więc zapytuję tych, którzy mają doświadczenie: jak to jest z tym "współuczestniczeniem dzieci w decyzji"? Czy można w ogóle zapytać 5-6-latka, czy chce chodzić do szkoły, czy uczyć się w domu?
Wyobrażam sobie, że każde dziecko wybrałoby naukę w domu - to pewnie dlatego, ze ja sama w szkole podstawowej strasznie się wynudziłam. Ale czy zdarzyło się komuś, że dziecko powiedziało, że chce iść do szkoły?
Z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniem!
|
barbegazi
Użytkownik
|
# Posted: 19 Cze 2009 16:31
Odpowiedz
Ja tam nie zamierzam dzieci pytać czy chcą chodzić do szkoły.Kiedyś się mnie syn zapytał (miał chyba 4l wtedy). czy on też będzie chodził do przedszkola. Ja mu powiedziałam że nie, bo ja nie pracuję i mogę z nim spędzać czas. I powiedziałam mu też że nie będzie chodził do szkoły bo będzie miał ed. Dorośli wiedzą (z własnego doświadczenia) że dzieci nie lubią chodzić do szkoły, nie lubią się uczyć itp, więc urabiają te maluchy już od najmłodszych lat zapodając im teksty w stylu : "Pójdziesz do szkoły, będziesz miał dużo koleżanek i kolegów. Zobaczysz jak będzie fajnie! Będziesz miał nowy piórnik i nowe zeszyty. Będzie fajnie. Wszystkie dzieci chodzą do szkoły... ". No i temu dziecku wydaje się ze rzeczywiście będzie fajnie, no bo przecież babcia i mama i tata tak mówią . A potem kicha - siedzenie po 5 - 8 godzin, nuda i niekoniecznie tak fajnie jak mówili. W efekcie nauka staje się przykrym obowiązkiem, skrzydła podcięte, zrównanie do średniej klasowej... Tak było w szkołach które znam.
Pewien znajomy chłopiec z 3 kl na moje pytanie "Jak tam w szkole? Fajnie?" odpowiedział "Głupi byłem że się tak cieszyłem że idę do szkoły."I każdy dorosły to wie tylko nikt głośno nie powie. Większość rodziców nie ma /nie zna alternatywy dla szkoły.
A tak w ogóle to super że szkoły są ,że są powszechne i dostępne dla wszystkich. I są świetni nauczyciele i świetne placówki , które robią dużo dobrego dla dzieci. Sama byłam nauczycielem, mój mąż też
|
joasia
Użytkownik
|
# Posted: 21 Cze 2009 19:09
Odpowiedz
Ja nie jestem przeciwnikiem szkoły jako takiej... Jeśli jakaś rewelacyjna szkoła "stanie nam na drodze" - bardzo chętnie puszczę tam dzieci. Na razie nie stanęła. Przedszkole mamy genialne, więc dzieci chodziły, chodzą i będą chodzić.
A pytać dzieci też nie zamierzam, bo akurat dzieci są najmniej kompetentne do podejmowania takich decyzji, szczególnie na poziomie szkoły podstawowej. Jak taki maluch ma coś rozsądnego powiedzieć skoro nie wie czym jest ED ani czym jest szkoła? "Na próbę" też bym dzieci nie puściła do szkoły.
|
mamaAsia
Użytkownik
|
# Posted: 22 Cze 2009 07:20
Odpowiedz
Tak sobie pomyślałam - jak często pytamy dzieci: chcesz na śniadanie kanapkę czy loda? nawet odpowiedzialnego dajmy na to 10-latka? W ilu dziedzinach tak naprawdę kierujemy się wyborami dzieci?
Ciekawe też, ile dzieci samodzielnie decyduje się na tenis, basen, angielski, pianino, karate, balet i co tam jeszcze rodzicom wpadnie do głowy...
Z drugiej strony - nasze doświadczenia:
Zabraliśmy jedną córkę ze szkoły po 4 klasie, na jej wyraźną i długotrwałą - bo ciągnącą się ponad rok - prośbę. Miała dużo czasu na zapoznanie się ze szkołą - którą zresztą początkowo lubiła. Druga, młodsza, wtedy po 2 klasie, podłączyła się też na swoją prośbę, chociaż bez naszego specjalnego przekonania, że to jej koniecznie potrzebne.
Obecnie stoimy przed dylematem, co zrobić z trzecią córką - po 3 klasie, chodzącą do bardzo fajnej chrześcijańskiej szkoły, z której i my i ona jesteśmy bardzo zadowoleni - ale jednak - prosi nas namiętnie już od kilku miesięcy, by od 4 klasy też mogła się uczyć w domu. Na razie zostawiliśmy sobie otwartą furtkę i zgodę na nauczanie domowe mamy, do września mamy czas na decyzję.
Te dwie starsze zawsze wiedziały, że mogą wrócić do szkoły, jeśli będą chciały. Ostatni rok był u nas dosyć burzliwy i ta opcja przewijała się dość regularnie (często - hm, z mojej incjatywy, o czym już tu i tam wspominałam ).
Myślę, że każda rodzina ucząca w domu będzie się z tym czasem borykała: - może lepiej byłoby w szkole? - w zależności od dnia, nastroju, zadań do zrobienia.
Ale czy dziecko chodzące do szkoły nigdy nie narzeka? Nie mówi - mam dosyć? I który rodzic wtedy mówi: - dobra, zabieram cię ze szkoły? Więc jeśli dziecko uczące się w domu powie: mam dosyć, chcę do szkoły, to czy to znaczy, że rodzic ma od razu przyklasnąć? Czy w pracy po każdym ciężkim dniu tę pracę tak po prostu rzucamy? Czy te dzieci z przykładu powyżej nie mówią czasem 'nigdy więcej' na ten swój angielski czy pianino? I czy rodzice wtedy nie zachęcają do wytrwałości na przykład? (zakładam jakąś rozsądną sytuację i rozsądnych rodziców ).
Bardzo pokrzepiły mnie słowa Carrie, która opowiadała, jak sobie radzą z edukacją domową 10-tki dzieci i powiedziała, że dzieci lubią się wymigiwać od pracy i nauki - czyli że wcale nie jest tak, że ucząc się w domu dziecko będzie zawsze wstawało bladym świtem z nieopanowaną żądzą wiedzy i tak przez cały dzień będzie chciało ją chłonąć wszelkimi możliwymi sposobami - a często w ten sposób jedynie jawi nam się edukacja domowa.
Koniec końców - u nas na dzisiaj jest tak, że z pewną odgórną pomocą podjęliśmy męską decyzję o edukacji domowej do końca gimnazjum i kropka, a nad liceum się będziemy zastanawiać w swoim czasie.
I kiedy powiedzieliśmy o tym naszym starszym córkom oraz podjęliśmy konkretne praktyczne działania, by tę decyzję zrealizować - typu poradnie PP i inne papiery, w domu zapanował pokój - tak mi się przynajmniej wydaje, że wszyscy - i rodzice, i dzieci, potrzebowaliśmy założyć konkretny kierunek z postanowieniem, że teraz tak i już. Skończyły się wielomiesięczne podchody: "Jak myślisz, kochanie? Co czujesz? Co byś wolała? A co ty myślisz, mamo? Nie wiem, chciałabym / ale jednak nie, bo ... Tato, a ty uważasz, że..?" I tak w koło macieju.
Tak jak w każdej dziedzinie i jakimś długoplanowym działaniu, w edukacji domowej trzeba wytyczyć - he he - jakiś konkretny kierunek i się go trzymać, będąc przygotowanym, że pojawią się sytuacje (np. dzieci ze swoim 'nie chce mi się' ), które będą chciały go zmienić albo nawet zarzucić.
|
belfer67
Użytkownik
|
# Posted: 22 Cze 2009 17:33
Odpowiedz
To prawda, edukacja domowa to często walka ze słabościami, lenistwem własnym i dziecka, a kiedy przychodzi czas egzaminów człowiek się wścieka, że może za mało sie przypominało. Ale chyba tak ma być, najtrudniej pokonać siebie, a tu na codzień dokonujemy takich heroicznych czynów. Moja Edyta w przypadku lenistwa dostaje ultimatum - bierzemy się do pracy albo powrót do szkoły. Odpowiedź jest jedna - oczywiście, że praca, o szkole nie chce słyszeć. Myślę, że to dodatkowy atut edukacji domowej - dziecko wie, że nikt nie będzie przypominał mu po sto razy, żeby zaliczyło klasówkę, poprawiło sprawdzian - uczy się dla siebie i zbiera plony swojej pracy. 
|
apollo
Użytkownik
|
# Posted: 22 Cze 2009 22:06
Odpowiedz
Od czasu do czasu udaje mi się zdobyć wiedzę z życia, polityki, historii itp, która nigdy nie była dostępna na jakimkolwiek etapie mojej (nie krótkiej) edukacji, po zdobyciu której rozdziawiam buzię z zachwytu odkrywając tajemnice życia. Brakowało mi w wydaniu rodziców, szkoły i wszystkich innych, którzy mnie kiedykolwiek edukowali, że właściwie nikt nie szukał odpowiedzi na pytanie, czy to co robią, mówią jest sensowne. Czy to jak przekazują wiedzę jest strawne dla mnie i mi podobnych. I w końcu: czy to wszystko czego się uczę ma jakikolwiek sens i przyda mi się do czegoś w życiu...
Patrzę na mojego syna. Widzę w nim ciekawość i olbrzymi potencjał. Widzę, czego będzie potrzebował, aby życie było wyzwaniem i przyjemnością. Rozumiem, że tej wiedzy nikt mu nie da prócz mnie, bo mi dojście do tego zajęło długie lata aktywnych poszukiwań.
ED jawi się tu jako sposób na przekazanie całej najlepszej dostępnej mi wiedzy. Traktując to jako (głupie słowo w tym kontekście, ale użyję) najlepszą możliwą inwestycję życia (zaraz po spłodzeniu potomstwa oczywiście ;)).
Ciekawi mnie właśnie jak to jest, kiedy rano dziecko wstaje? Zalicza kolejne punkty porannej rutyny, gimnastyka, siadamy w pomieszczeniu, umownie zwaną klasą i zaczynamy...?
Czy też na kanwie tematu i przygotowanego scenariusza zagaić rozmowę, skłaniając młodego człowieka do refleksji (z rana to możliwe?) na wpleciony w poranne rytuały temat?
Podzielcie się praktycy refleksją 
|
iwka
Użytkownik
|
# Posted: 22 Cze 2009 23:36
Odpowiedz
Po 6 latach stwierdzam, ze:
Zarowno ideologie jak i metodologie rodzicow zajmujacych sie ed powinny byc nieustannnie odswiezane, co "dodaje ognia do ogniska", lecz nawet w najlepszych momentach ed wiekszosc dni sprowadza sie glownie do ksztaltowania nawykow uczenia sie; cala reszta idzie za tym; na zbytnim romantyzowaniu daleko sie nie zajedzie;
Rutyna jest wiec jak najbardziej wskazana, lecz postrzegana nie jako cos zniewalajacego, lecz jako punkt wyjsciowy, porzadkujacy zycie codzienne, w ktorym to zyciu jest mnostwo momentow wyjatkowych, ktore od rutyny beda odbiegac w ten lub inny sposob.
Czym dziecko mlodsze lub czym mniej dzieci, tym wiecej mozliwosci w elastyczniejszym podejsciu do planowania i organizacji ed, jak i do podjecia calkiem spontanicznych akcji.
http://majorchangeacademy.wordpress.com
|
joasia
Użytkownik
|
# Posted: 23 Cze 2009 09:52
Odpowiedz
Nie mam aż tak długiego doświadczenia w ED, nie mniej jednak zgadzam się w pełni z iwka - na zbytnim romantyzowaniu daleko się nie zajedzie. U nas również niezbędna była rutyna, regularność, bo inaczej Staszek zaczynał się rozleniwiać i marudzić.
Co nieco pisałam o tym na blogu.
Zapraszam: http://edukacja-domowa.blogspot.com/
|